Minęło maksimum, które mi przydzielono – cztery dni. Nie poszedłem na tamten świat, ale z apetytem zjadłem kiełbasę i banany! czułem się dobrze. A lekarz był chory…

Noszono mnie na krześle po korytarzach szpitala wojewódzkiego.

– Gdzie? – jedna pielęgniarka zapytała drugą. – Może nie w osobnym, może we wspólnym?

prychnąłem.

– Dlaczego w ogóle, jeśli jest taka możliwość w osobnym?

Siostry patrzyły na mnie z takim szczerym współczuciem, że byłam nieopisanie zaskoczona. Dopiero później dowiedziałem się, że umierających przenoszono na osobny oddział, żeby inni ich nie widzieli.

– Lekarz powiedział, że w osobnej sali – powtórzyła pielęgniarka.

Ale wtedy nie wiedziałem, co to znaczy, i uspokoiłem się. A kiedy znalazłam się na łóżku, poczułam całkowity spokój tylko z tego, że nie muszę nigdzie iść, że nikomu nic nie jestem winna, a cała moja odpowiedzialność poszła na marne.

Czułam dziwne oderwanie od otaczającego świata i zupełnie nie obchodziło mnie, co się w nim dzieje. Nic i nikt mnie nie interesował. Znalazłem prawo do odpoczynku. I było dobrze. Zostałam sama ze sobą, z duszą, z życiem. Tylko ja i ja.

Zniknęły problemy, zniknęło zamieszanie, zniknęły ważne pytania. Cała ta ucieczka na chwilę wydawała się taka mała w porównaniu z Wiecznością, Życiem i Śmiercią, nieznanym, które czeka tam, po drugiej stronie.

A potem prawdziwe życie zawirowało! Okazuje się, że jest tak cudownie: śpiew ptaków o poranku, promień słońca pełzający po ścianie nad łóżkiem, złote liście drzewa machające do mojego okna, ciemnoniebieskie jesienne niebo, odgłosy miasta – klaksony samochodów , brzęk pierścieni na asfalcie, szelest liści, spadanie. Panie, co za wspaniałe życie! I dopiero teraz to zrozumiałem.

– Cóż, niech już będzie – powiedziałem sobie – ale zrozumiałem. A Ty masz jeszcze kilka dni, żeby się nim nacieszyć i pokochać całym sercem!

Ogarnęło mnie uczucie wolności i szczęścia, które domagało się wyjścia i zwróciłam się do Boga, bo On był teraz najbliżej mnie.

– Lord! – Byłem szczęśliwy. – Dziękuję Ci, że dałeś mi możliwość zrozumienia, jak piękne jest Życie i pokochania go. Niech będzie przed śmiercią, ale nauczyłem się, jak cudownie jest żyć!

Wypełniał mnie stan spokojnego szczęścia, uspokojenia, wolności i jednocześnie dzwoniącego uniesienia. Świat dzwonił i migotał złotym światłem Boskiej Miłości. Czułem te potężne fale jej energii. Wydawało się, że Miłość stała się gęsta, a jednocześnie miękka i przezroczysta, jak fala oceanu.

Osobny oddział i rozpoznanie „ostrej białaczki IV stopnia” oraz rozpoznany przez lekarza nieodwracalny stan organizmu miały swoje zalety. Do konających w każdej chwili przyjmowano każdego. Krewnym zaproponowano wezwanie swoich bliskich na pogrzeb, a wielu pogrążonych w żałobie krewnych skontaktowało się ze mną, aby się pożegnać. Rozumiałam ich trudności: o czym rozmawiać z umierającym, który wie o tym więcej. Zabawnie było patrzeć na ich zdezorientowane twarze.

Byłem szczęśliwy: kiedy znów zobaczę ich wszystkich? A przede wszystkim chciałam podzielić się z nimi moją miłością do Życia – jak można nie być szczęśliwym tylko dlatego, że się żyje? Bawiłem rodzinę i przyjaciół jak tylko mogłem: opowiadałem dowcipy, historie z życia. Wszyscy, dzięki Bogu, śmiali się, a pożegnanie odbyło się w atmosferze radości i dostatku. Gdzieś trzeciego dnia znudziło mi się leżenie, zaczęłam chodzić po oddziale, siadać przy oknie. Po siedmiu zajęciach lekarz mnie złapał, wpadając w furię, z której nie mogłam się podnieść.

szczerze się zdziwiłem:

– Czy to coś zmieni?

– Cóż… Nie – teraz lekarz był zdezorientowany. – Ale nie możesz chodzić.

– Dlaczego?

– Masz analizy zmarłego. Nie możesz nawet żyć, ale zacząłeś wstawać.

Minęło maksimum, które mi przydzielono – cztery dni. Nie umierałem, ale jadłem kiełbasę i banany z apetytem. czułem się dobrze. A lekarz źle się poczuł: nic nie rozumiała. Analizy się nie zmieniły, krew kapała lekko różowa, a ja zacząłem wychodzić na korytarz oglądać telewizję.

Lekarzowi było przykro. A Miłość domagała się radości innych.

– Doktorze, jakie badania chciałby pan zobaczyć?

– Cóż, przynajmniej tak.

Szybko napisała mi kilka liter i cyfr na kartce, jaka powinna być. Nic nie zrozumiałem, ale czytałem uważnie. Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem, wymamrotał coś i wyszedł.

A o 9 rano wpadła na mój oddział krzycząc:

– Jak to robisz?Analizuj! Są takie jak Ci pisałem.

– Skąd mam wiedzieć? I co, dobre? A jaka jest do cholery różnica?

Lafa się skończyła. Przeniesiono mnie na oddział ogólny (tu już się nie umiera). Krewni już się pożegnali i przestali chodzić.

Na oddziale było jeszcze pięć kobiet. Leżeli, wpatrując się w ścianę i ponuro, cicho i aktywnie umierali. Wytrzymałem trzy godziny. Moja Miłość zaczęła się dusić. Trzeba było coś pilnie zrobić.

Wytoczywszy spod łóżka arbuza, zaciągnąłem go na stół, pokroiłem i głośno oznajmiłem:

– Arbuz łagodzi nudności po chemioterapii.

Po pokoju rozszedł się zapach świeżego śmiechu. Inni podeszli do stołu niepewnie.

– Czy to prawda, czy strzela?

– Fuj – potwierdziłem ze znajomością sprawy, myśląc: “A chrzan go zna”

Arbuz zrobił się soczysty.

– A prawda jest taka, że ​​przeszło! – powiedział ten, który leżał przy oknie i chodził o kulach.

– Muszę. I mam – potwierdzili radośnie inni.

– Masz – radośnie skinąłem głową w odpowiedzi. – Ale miałem kiedyś sprawę. Znasz jakiś żart na ten temat?

O drugiej w nocy pielęgniarka zajrzała na salę i była oburzona:

– Kiedy przestaniesz jęczeć? Przeszkadzasz całej podłodze od spania!

Trzy dni później lekarz z wahaniem zapytał mnie:

– Czy mógłbyś przenieść się do innego oddziału?

– Dlaczego?

– Na tym oddziale stan wszystkich się poprawił. A w sąsiednim jest wiele ciężkich.

– NIE! – krzyczeli moi sąsiedzi. – Nie odpuścimy.

Nie odpuścili. Do naszego pokoju przychodzili tylko sąsiedzi – tylko po to, żeby usiąść i porozmawiać. śmiać się I zrozumiałem dlaczego. Lubow mieszkał na naszym oddziale. Ogarnęła wszystkich złotą falą i wszyscy poczuli się przytulnie i spokojnie.

Szczególnie spodobała mi się jedna szesnastoletnia dziewczyna w białym szalu zawiązanym w supeł z tyłu głowy. Końce chusteczki wystające w różnych kierunkach nadawały jej wygląd zająca. Miała guzek węzłów chłonnych i wydawało mi się, że nie umie się uśmiechać.

A tydzień później zobaczyłem, jaki ma czarujący i nieśmiały uśmiech. A kiedy powiedziała, że ​​lek zaczął działać i jest coraz lepiej, urządziliśmy przyjęcie, zastawiliśmy fantazyjny stół, który zwieńczono butelką dobrego szampana, który szybko nas upił, a potem przeszliśmy do tańca .

Słysząc hałas dyżurny lekarz najpierw spojrzał na nas oszołomiony, a potem powiedział:

– Pracuję tu od 30 lat, ale pierwszy raz to widzę. Odwrócił się i wyszedł. Śmialiśmy się długo, przypominając sobie wyraz jego twarzy. Było dobre.

Czytałam książki, pisałam wiersze, wyglądałam przez okno, rozmawiałam z sąsiadami, chodziłam korytarzem i tak bardzo kochałam wszystko, co widziałam: książki, kompot, sąsiadkę, samochód na podwórku za oknem i stare drzewo.

Dostałam zastrzyki z witaminami. Po prostu trzeba było przynajmniej coś dźgnąć.

Pani doktor prawie się do mnie nie odzywała, tylko dziwnie mrużyła oczy przechodząc obok, a po trzech tygodniach cicho powiedziała:

– Twoja hemoglobina jest o 20 jednostek wyższa niż norma zdrowej osoby. Nie ma potrzeby go dalej podnosić.

Najwyraźniej była na mnie o coś zła. Zgodnie z pomysłem okazało się, że była głupia i pomyliła się z diagnozą, ale tak nie mogło być i ona też o tym wiedziała.

A kiedyś się do mnie skarżyła:

– Nie mogę potwierdzić diagnozy. W końcu wracasz do zdrowia, chociaż nikt cię nie leczy. A tak nie może być!

– Jaka jest teraz moja diagnoza?

– A ja jeszcze o tym nie myślałam – odpowiedziała cicho i wyszła.

Kiedy mnie wypisano, lekarz przyznał:

– Szkoda, że ​​wyjeżdżasz, mamy jeszcze dużo trudnych spraw do załatwienia.

Wszyscy zostali wypisani z naszego oddziału. Według departamentu śmiertelność w tym miesiącu spadła o 30%.

Życie toczyło się dalej. Tylko spojrzenie na niego stało się inne. Wydawało się, że zacząłem patrzeć na świat z góry, a co za tym idzie, zmieniła się skala przeglądu tego, co się dzieje.

A sens życia okazał się taki prosty i dostępny. Musisz tylko nauczyć się kochać – a wtedy twoje możliwości staną się nieograniczone, a twoje życzenia się spełnią, jeśli oczywiście ułożysz te życzenia z miłością i nikogo nie oszukasz, nie będziesz zazdrosny, obrażaj się i życzyć komuś krzywdy. Wszystko jest takie proste, a wszystko jest takie trudne!

W końcu prawdą jest, że Bóg jest Miłością. Musisz to po prostu zapamiętać.

Leave a Comment